Miziaforum's Blog

R.P (1990-1995) okres panowania KRÓLA ŻULA

Posted by miziaforum w dniu Luty 23, 2016


specyficzne wspólne środowiska , specyficzny zwiazek swój do swego po swoje 🙂

czyli – ” ŻUL i ŻULIA „

„Byłą prezydentową da się przerobić na posągową żonę cezara” – pisze w najnowszym numerze tygodnika „Do Rzeczy” Sławomir Cenckiewicz. Historyk, który w przeszłości zasłynął biografią Lecha Wałęsy, gdzie dowodził, że ten współpracował z komunistyczną bezpieką, tym razem wziął na świecznik jego żonę Danutę.

Historyk pisze m.in. o „specyficznej kulturze osobistej” żony Lecha Wałęsy, o której współpracownicy dowiedzieli się już w latach 80. To wówczas dziewczyny współpracujące z Wolnymi Związkami Zawodowymi udały się do „rzekomo pozostawionej samej sobie biednej matki już wówczas sześciorga dzieci i zaofiarowały się z pomocą”. Zdaniem Cenckiewicza z oburzeniem opowiadały później o doznanym upokorzeniu.

„Otóż zamiast zapracowanej biedaczki spotkały tam nadętą własną ważnością damę, która – dyrygując fryzjerką, która tapirując jej włosy miała zrobić jej fryzurę »a la madame Gierek« – wskazała im szmaty, którymi miały myć podłogi w pokojach wyposażonych właśnie w meble w stylu typowym dla elegancji PRL” – czytamy na łamach „Do Rzeczy”.

Autor tekstu twierdzi również, że środowisko działaczy związkowych było zdziwione, jak szybko Danuta
Wałęsa „uzyskała poczucie usytuowania się na wyżynach”.

Cenckiewicz przypomina również o problemach w rodzinie Danuty Wałęsy. „Najpoważniejsze konflikty z prawem miał jej ojciec. W jednej z charakterystyk bezpieki z 1983 r. czytamy: »Notorycznie nadużywa alkoholu, wszczyna bójki i awantury także w gronie rodzinnym. Utrzymuje kontakty z marginesem społecznym«” – przytacza Cenckiewicz. W dalszym fragmencie zauważa, że ojciec Danuty Wałęsy był skazywany za kradzież, pobicie, a nawet za współudział w zabójstwie.

Według Cenckiewicza, Danuta postanowiła uciec z rodzinnej miejscowości, by odciąć się od otaczającej jej beznadziei. Zdaniem historyka, wpadła jednak „z deszczu pod rynnę”. „Była więźniem świata, z którym drzwi tak bardzo chciała za sobą zatrzasnąć. Dlatego już w październiku 1968 r. związała się z Lechem Wałęsą, jakże podobnym do tych, przed którymi chciała uciec”.

Przy okazji analizy życiorysu Danuty Wałęsy, Sławomir Cenckiewicz po raz kolejny wskazuje na współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, jaką rzekomo miał jej mąż. Według historyka, Wałęsowa nigdy nie pytała go, skąd pobiera dodatkowe pieniądze (które według Cenckiewicza Wałęsa otrzymywał z SB – przyp. red.). „Danuta jeszcze do dziś naiwnie powtarza, że Lech często wygrywał w totolotka” – czytamy w „Do Rzeczy”.

Niełatwe miało być także życie Danuty Wałęsy ze względu na liczne kontakty jej męża z innymi kobietami. „Przepędzała pojawiające się wokół niego kobiety, ale zwalczała też tych, których atakowano za przyjęty sposób prowadzenia się” – pisze historyk.

Cenckiewicz przypomina rozmowę Danuty Wałęsy z Anną Walentynowicz, która po tym, jak rzekomo nakryła Lecha w dwuznacznej sytuacji w siedzibie „Solidarności”, wezwała go do opamiętania się. „Czego pani Leszkowi zazdrości. Chyba tego, że nie jest w domu z dziećmi, tylko robi, żeby było dobrze” – wypominała Danuta Wałęsa Annie Walentynowicz.

Według autora tekstu, dziś „aparat propagandowy PRL bis” przedstawia niezgodny z rzeczywistością obraz Danuty Wałęsy. „Dużo wody musiało upłynąć w Wiśle, zanim uznano za możliwe przeistoczenie się Wałęsowej z niemoty w błyskotliwą ozdobę rządowej żurnalistyki i celebrytkę”.

Więcej w najnowszym numerze tygodnika „Do Rzeczy”.

http://wiadomosci.onet.pl/kraj/cenckiewicz-dzieki-propagandzie-przeistoczono-danu,1,5557520,wiadomosc.html

NIEDALEKA PADA JABŁKO OD JABŁONI 

CZYLI ” ZUL i ŻULIA = ŻULIK …”

„Dwa promile alkoholu miał syn Wałęsy zatrzymany podczas jazdy
Ofiara pomroczności jasnej – Przymysław W., ponownie zatrzymany przez policję na jeździe po pijanemu. W niedzielę prowadził auto mając 2 promile alkoholu w wydychanym powietrzu.

Tym razem Przemysław W. zachowywał się spokojnie po zatrzymaniu przez policjantów. W niedzielę o 10.20 policjanci zatrzymali do rytunowej kontroli nissana micrę na ulicy Kartuskiej w Gdańsku. Nakazali badania na alkomacie, bo od kierowcy wyczuli woń alkoholu. Jak się później okazało auto prowadził Przemysław W. Po dmuchaniu w alkomat okazało się, że kierowca jest pijany. Pierwsze badanie wykazało 1,84 promila alkoholu, a drugie 1,99″

„Jarosław Wałęsa, niczym ojciec skakał przez płot… i został za to aresztowany przez turecką policję. W sobotę Wałęsa, razem z europosłem Arturem Zasadą i dwoma Cypryjczykami, zostali zatrzymani na Cyprze, po tym, jak przeskoczyli przez płot w strefie zdemilitaryzowanej.Wałęsę i Zasadę chroni immunitet – europosłowie mają paszporty dyplomatyczne. Po wizycie na posterunku odzyskali wolność, natomiast dwaj Cypryjczycy spędzili weekend w areszcie i grozi im kara do 500 euro.

Jak zrelacjonował później przebieg wydarzenia Wałęsa, „do komisji petycji, której jest członkiem w Parlamencie Europejskim wpłynęło pismo w sprawie Famagusty. Będąc w tym miejscu, postanowił sprawdzić stan kościołów, czy rzeczywiście są w złym stanie”. Kiedy przeskoczył przez płot strefy zdemilitaryzowanej, został zatrzymany.

****
Cypryjska strefa zdemilitaryzowana dzieli wyspę na dwie części – grecką Republikę Cypru i Turecką Republikę Północnego Cypru. Została utworzona w 1974 roku po tureckiej okupacji Cypru. „

i artykuł z 1997 roku
„BoŻena Zawierta potrącona w maju 1992 r. samochodem przez SŁawomira WaŁĘsowicza, jedynie po mieszkaniu porusza się bez kul na swych półsztywnych nogach. Tu zawsze ma pod ręką jakiś mebel. Na ulicę jednak bez kul nie wychodzi. Tak jest pięć lat po wypadku.
W dziesięć dni po uderzeniu, gdy obie nogi do pachwin miała w gipsie, lekarz w przychodni gdańskiego Szpitala Wojewódzkiego, w obecności oficera ochrony dworu Wałęsów, kazał jej wstawać i chodzić… Gdy w domu spróbowała, ból niemal pozbawił ją przytomności.
Postawa niektórych gdańskich lekarzy, policjantów i księży, zaangażowanych swego czasu w minimalizowanie skutków wybryku Sławomira Wałęsowicza, kładzie się głębokim cieniem na naszym państewku prawa. Jeśli główni aktorzy ówczesnych wydarzeń już o tym swoim udziale zapomnieli, jeśli już uspokoili swoje sumienia, to my im to teraz, po pięciu latach, przypominamy. Wałęsie też. Ma to od nas z okazji parapetówki. Gdy już, biedaczysko, rozsiadł się w tym swoim nowym dworku za parę miliardów, gdy już sobie tam beknie po pysznym obiadku, niech mu się jeszcze czknie na wspomnienie Bożeny Zawierty, z której jego syn uczynił kalekę do końca życia.

Szast…

Wracała z pracy. Dyrektorka zapowiedziała właśnie zwolnienia. O siebie się nie bała była nauczycielem mianowanym, jedynym żywicielem rodziny, nie mogli jej zwolnić. Ale koleżanki… Złe myśli zaprzątnęły ją całkowicie. Nie zwracała uwagi na otoczenie. Szła bezpiecznie chodnikiem i nie zobaczyła pędzącego na siebie samochodu. Straciła przytomność. Potem pamięta młodego człowieka dopytującego się czy pani może wstać. Przesłuchiwany w Sądzie Wojewódzkim, w kwietniu 1993 r., Sławomir Wałęsa powiedział, że pomagał swojej ofierze, że obandażował jej głowę, że jego rodzice partycypowali w kosztach leczenia Bożeny
Zawierty. Ona temu zdecydowanie zaprzecza.
Danuta WaŁĘsowa od razu przyjechała do szpitala. Z bukietem czerwonych róż. Jakoś się pani odwdzięczymy powiedziała.
„Odwdzięczymy się”… Za co niby mieli się odwdzięczać, czego po mnie oczekiwali? To jedno słowo było zastanawiające.
Wtedy też poznała i zapamiętała ochroniarza, który nie odstępował Wałęsowej. Potem dostała od niego begonię w doniczce. Był łącznikiem z rodziną panującą. Jego wizyta zawsze poprzedzała wizytę Wałęsowej. Umawiał szefową na dzień i godzinę. Dzień się zgadzał, godzina nigdy.
Prezydentowa była dwa razy u niej w domu. Pierwszy kilka dni po opuszczeniu szpitala. Przyszła ze Sławkiem, ale ten nic nie mówił. Uśmiechał
się tylko głupkowato. Bożena Zawierta w końcu nie wytrzymała i zapytała go, dlaczego nawet nie próbował odbić w prawo, gdzie miał bardzo dużo
miejsca.
Miałem zabłocone szyby powiedział.
On panią uderzył z prawej strony, dodała Wałęsowa. Upadła pani na kolana. Moja siostra spadła kiedyś ze schodów. Też na kolana. Popuchły jej i bardzo bolały.
To dlaczego bardziej mam uszkodzoną lewą nogę niż prawą? Dlaczego przeleciałam przez dach samochodu, po drodze urywając lusterko boczne?
Rozmowa przestała się już kleić.
Prezydentowa zostawiła kawę, jakieś słodycze, zabrała syna i poszła.
Ostatnia wizyta była jeszcze krótsza. Zawierta właśnie przeżyła zalecone jej doświadczenie ze wstawaniem na zagipsowane, dopiero co połamane, nogi. Akurat córka miała ją umyć, gdy nieoczekiwanie w progu stanęła First Lady.
Potrzebuje pani czegoś? Zapytała jakby nie widziała co się dzieje. Poirytowana sztuczną czułością Zawierta burknęła nie.
No to nie fuknęła pierwsza dama i wyszła. Świta za nią. Więcej się nie widziały.

Prast..

Tragedia Bożeny Zawierty od początku była przypadkiem pod specjalnym nadzorem. Na miejsce potrącenia przyjeżdżało po kolei kilka radiowozów. Mówi Wojciech Jakubowski, pracownik pobliskiego zakładu złotniczego:
Bałem się. (…) Ale gdy widziałem, jak policjanci rysują mapki sytuacyjne wypadku nie wytrzymałem. Z ich planów wynikało, że kobieta szła tuż przy krawężniku. To była nieprawda! Zgłosiłem się jako świadek. Za mną inni. Przecież ten kierowca nie udzielił jej pierwszej pomocy! Jechał bardzo szybko. Widziałem to. (za tygodnikiem „Poznaniak” z kwietnia 1995 r.)
Nie skończyło się na próbach poprawiania „sytuacji ruchowo-drogowej” na szkicu sytuacyjnym. Wiemy na pewno, że policja próbowała wywierać tajne naciski na sędziów poprzez ich rodziny. Wykryła, że ojciec jednego z ławników był kiedyś milicjantem. To przez niego próbowano zmiękczyć sędziego. Do podobnie skandalicznych prób wpływania na niezawisły sąd posunęli się pracownicy
biskupa Gocłowskiego. Co więcej jeszcze dziś, po pięciu latach, lekarze, którzy otarli się jakoś o przypadek Bożeny Zawierty, przypominają sobie nerwowe zabiegi o zminimalizowanie lekarskiego opisu skutków całego zdarzenia. Nie były one tak całkiem bezowocne.
Bezpośrednio po wypadku opatrywał Zawiertę ortopeda dr K. Złożył, co było połamane, założył gips. Prosił, żeby się z nim kontaktować. Nigdy jednak do tego nie doszło. Jakaś tajemnicza siła nie dopuściła już Bożeny Zawierty do doktora K.
W kilka dni po wypadku Zawierta dostała silnych bólów głowy. Wysłała córkę po lekarza, ale gdy dowiadywali się, od kogo mają wezwanie, żaden nie miał czasu. Dopiero następnego dnia pojawiła się jakaś lekarka. Ale wcześniej pojawił się… ochroniarz Wałęsowej. Choć przecież nie on przyjmował w okienku zgłoszenia wizyt domowych. Oznacza to co najmniej tyle, że rejonowa służba zdrowia miała obowiązek powiadamiać Biuro Ochrony Rządu o każdym wezwaniu do kobiety staranowanej przez ich podopiecznego, młodego Wałęsę. Lekarka była tak potwornie zdenerwowana, że nie mogła sobie przypomnieć nazwy leku, który chciała przepisać. Nie mogła też opanować drżenia rąk. Zapomniała zmierzyć chorej temperaturę, choć ta przekroczyła 38 kresek.
Po tej dziwnej wizycie ochroniarz zapowiedział, że gdyby potrzebna była jeszcze pomoc medyczna, Zawierta ma się kontaktować z nim.
Po paru dniach, gdy bóle głowy nie ustępowały, poprosiła więc o badanie przy użyciu tomografu komputerowego. BOR-owiec przysłał karetkę. Zawieźli ją do przychodni Szpitala Wojewódzkiego, mimo że tam nie ma tomografu. Był za to ten uczony od stawania na połamane nogi i jakiś neurolog. Zamiast
tomografu zaordynowali rentgen. Nie chciała się zgodzić na powtórne w ciągu kilku dni naświetlanie. W tym czasie jej córka poszła do rejestracji,
odszukać owego miłego ortopedę ­
dr. K. Jego nazwisko zniknęło jednak z tablicy informacyjnej. Pani w okienku, której, jakże by inaczej, doglądał ochroniarz Wałęsowej, wydeklamowała przez szybę, że dr K. nigdy tu nie przyjmował i nie przyjmuje.
Z początku myślałyśmy, że jeśli już przydarzyło się nieszczęście, jeśli Bóg tak chciał, to chociaż dobrze, że to syn prezydenta. Liczyłyśmy na jakąś pomoc. W końcu co to było wtedy dla Wałęsy załatwienie mamie rehabilitacji w Konstancinie…
Nie otrzymała żadnego wsparcia. Ktoś postronny, po znajomości, załatwił jej przyjęcie do szpitala kolejowego. Tam wreszcie miała dobrą opiekę, przeszła pierwszą serię zabiegów rehabilitacyjnych. Dalsza rehabilitacja odbywała się już w rejonowym ośrodku zdrowia.

Dokończenie ze str. 1

I po sprawie

„Badaniom” Bożeny Zawierty towarzyszyła dziwna postawa instytucji urzędowo orzekających o stanie zdrowia. Teoretycznie powinny się kierować tylko wiedzą medyczną.
W pochodzącym z kwietnia 1993 r. zawiadomieniu PZU czytamy:
Na przyznaną kwotę świadczenia (4 500 000 starych zł z tytułu ubezpieczenia red.) składa się
45 proc. trwałego kalectwa od sumy ubezpieczenia 10 000 000 zł.
W czerwcu tego samego roku Obwodowa Komisja Lekarska do spraw Inwalidztwa i Zatrudnienia nr 17 w Gdańsku przyznała Bożenie Zawiercie trzecią grupę inwalidzką. Skromnie przy niemal połowie utraconego zdrowia, w wyniku staranowania jej na chodniku przez samochód prezydentowicza. Rentę inwalidzką przyznano jej tylko na trzy lata, do czerwca 1996 r. Potem znów miała się stawić przed komisją. Napisano też, że może wykonywać jakieś lekkie prace, a nie może ciężkich.
Nie było z nią tak źle! Sławomir, okazuje się, nie zrobił jej wielkiej krzywdy, skoro kobita może znaleźć sobie jakąś lekką robotę i dorobić do renty… Nakazując jej za trzy lata stanąć ponownie przed swym obliczem, komisja dawała
do zrozumienia, że wszystko się jeszcze może zdarzyć. Z wyzdrowieniem włącznie. Na nasze oko, brakowało tylko wezwania od blacharza, żeby Zawierta pokryła koszty naprawy Daihatsu, którego Wałęsowiczowi poobijała swoimi kolanami.
Jeśli miał to być test na reakcję ofiary, to ona zareagowała
prawidłowo. Odwołała się. Stanęła przed komisją ponownie, w grudniu 1993 r., lecz już przed komisją numer 8, a nie 17, jak poprzednio. Tym razem wyrok brzmiał grupa inwalidztwa druga, termin następnego badania zbędny, praca żadna. Jednak stopień utraty zdrowia obniżono jej z 45 do 20 proc.!
Jedna komisja przy 45-procentowym inwalidztwie orzekła, że Zawierta może podjąć lekką pracę, a jej zdrowie rokuje jakąś nadzieję poprawy, a druga, pół roku później, że kalectwo Zawierty nie rokuje żadnych nadziei i nie ma już sensu wzywać jej na badania, tylko trzeba przyznać jej inwalidztwo dożywotnio. Ale przepychając ją do drugiej grupy, czyli do ciężej poszkodowanych, jednocześnie obniżono jej procent utraty zdrowia z 45 do 20! Przecież to się kupy nie trzyma. Chyba że popatrzymy na te manewry jak na kontrakt: mniejszy stopień utraty zdrowia był tylko po to, żeby się sąd przekonał, że Sławuś wcale tak mocno tej pani nie stuknął. W zamian za dożywotnią drugą grupę.
Zawierta przystała. Dostaje teraz na rękę 332 zł. Za mieszkanie bez prądu, telewizora i telefonu ­ płaci 260 zł. Ponieważ mieszka z córką nauczycielką mają razem, mniej więcej, 500 zł miesięcznie na życie. Ale już niedługo, bo córka wybiera się za mąż.
Dostała jeszcze odszkodowanie z PZU, z ubezpieczenia Wałęsowicza. Najpierw proponowano jej 9 000 zł i dokument do podpisania, z którego wynikało, że nie będzie już rościć pretensji do ubezpieczyciela i do Sławeczka. Odmówiła podpisu. Odmówiono jej wypłaty. Trafiła do dyrektorki oddziału. W rezultacie wypłacono jej więcej i nie żądano już żadnych deklaracji.
Zawierta wykombinowała sobie, że być może tatuś Sławeczka chciałby jakiegoś ludzkiego ułożenia się z ofiarą samochodowego szaleństwa synalka. Napisała list do prezydenta RP, że owszem, może pójść na układy, co ułatwiłoby Wałęsowiczowi sytuację. Wyliczyła sobie, że za 75 000 nowych zł mogłaby się zabezpieczyć do końca życia. Nigdy nie doczekała się
odpowiedzi. Uznano, że wszystkie rozliczenia są już skończone.

A wała

Z odszkodowania wypłaconego jej przez PZU (z ubezpieczenia prezydentowicza) Bożena Zawierta zapłaciła długi w swojej spółdzielni mieszkaniowej. Musiała w nie popaść, gdyż początkowo dostawała 800 tys. zł renty. W nowych złotówkach 80 zł. Leciały więc już procenty od procentów, spółdzielnia podała ją do sądu.
Co po opłaceniu rachunków jej zostało, trzyma na koncie, na wypadek, gdyby Wałęsa powrócił do władzy i zażądał zwrotu.
Syn Wałęsy przetrącił jej nie tylko nogi, ale w ogóle całe życie. Pozbawił możliwości pracy, samodzielności i zarobków. Była nauczycielką. Przez te lata jej pensja rosłaby. Jest również fotografem, ale co z tego, kiedy nie może dźwignąć lampy ani statywu, porusza się koślawo, a ręce ma zajęte ściskaniem kul.
Myślała o wytoczeniu powództwa cywilnego o odszkodowanie. W końcu jeśli tatusia stać na dworek, na domy, mieszkania i samochody dla swoich potomków, to nie jest taki biedny jak opowiada. To jego dawna wielbicielka Bożena Zawierta, jest biedna i nie może wytoczyć powództwa, gdyż nie ma pieniędzy na opłacenie takiej sprawy. Do chwili, gdyśmy ją poznali, nie mogła nawet o tym marzyć.
Tak oto wyglądają obietnice pomocy, składane przez Wałęsową i czułe, współczujące serce rozmodlonego Wałęsy z Matką Boską w klapie.”

Odpowiedzi: 13 to “R.P (1990-1995) okres panowania KRÓLA ŻULA”

  1. miziaforum said

    ci na których donosiłem WTEDY NIE ZNACZYLI NIC I DZIŚ NIE ZNACZĄ NIC
    https://miziaforum.wordpress.com/2016/02/23/info-z-dzis-walesa-ci-na-ktorych-donosilemwtedy-nie-znaczyli-nic-i-dzis-nie-znacza-nic/

    cham w pogardzie ma zawsze wszystkich liczy się tylko wygodne spanie sranie i jedzenie

    DLA MNIE LECH WAŁĘSA JEST OMYŁKOWO NAZYWANY CZŁOWIEKIEM … TO ORGANIZM WALCZĄCY BEZWZGLĘDNIE O SRODKI DO WYGODNEJ EGZYSTENCJI ZA DOBRE MEBLE CIUCHY ŻARCIE JEST GOTÓW ZABIJAĆ NIE WAŻNE CZY POŚREDNIO CZY BEZPOŚREDNIO ….

    UDERZCIE CHAMA PO KIESZENI A SZLAG GO TRAFI NA AMEN …

    • miziaforum said

      MYŚLICIE ŻE TO WSZYSTKO CO SIĘ DZIEJE GO DENERWUJE ? NIE CHAM HONORU NIE POSIADA … ON SIĘ TYLKO IRYTUJE BO NIE JEST PEWIEN ILE STRACI FORSY !!!! NA TYM RESZTA GO H….OBCHODZI

      CHAM TYPOWY

  2. miziaforum said

    POZIOM CZŁOWIECZEŃSTWA RÓWNIEŻ OKREŚLA STOSUNEK DO OSÓB ZMARŁYCH

    DLA TEGO WAŁĘSA JEST DLA MNIE NIE CZŁOWIEKIEM A ORGANIZMEM BIOLOGICZNYM

    ODSŁUCHAJ DROGI CZYTELNIKU ….

    ORGANIZM BIOLOGICZNY O CECHACH POTWORA …..

    ZA PIENIADZE OTRZYMANE Z DONOSU NA CZŁOWIEKA KUPIŁ SOBIE TELEWIZOR……

  3. szuwaxpl said

    https://pbs.twimg.com/media/Cb5KIzBWIAAyJDM.jpg:large

    Bolek przeprasza Cenckiewicza

  4. miziaforum said

    Lech Wałęsa pytany o donosy „Bolka” zaatakował swoje ofiary. Mówił, m.in. o Panu: „nawet na donos trzeba zasłużyć, oni nic nie znaczyli wtedy i nic nie znaczą teraz”. Jak Pan odbiera te słowa, szczególnie po całej aferze z „szafą Kiszczaka”?
    Henryk Jagielski, jeden z pracowników Stoczni Gdańskiej, ofiara donosów „Bolka”: On zdaje się o sobie mówił. Powiedział prawdę, on nic nie znaczy. Słysząc takie słowa mam tylko jeden komentarz: to jest szmata, i nic więcej.
    Ostro. Nie za ostro?
    Ale jak on śmie, jak może dziś takie rzeczy mówić. Przecież on donosił na nas, i jeszcze pieniądze za to brał. Połowa z ofiar Bolka już nie żyje, ale ja znałem około 50 osób, na które Wałęsa donosił. A dziś takie rzeczy wygaduje? To jest człowiek bez honoru, bez ambicji. On donosił dla pieniędzy, żył za te pieniądze. A żonę okłamywał, że w totolotka wygrywał.
    Miał szczęście…
    Taaa… Kiedy on w totolotka wygrał? Dziś już nie można mieć wątpliwości skąd te pieniądze.
    Pralkę i meble miał sobie kupić za wygraną w totolotka.
    Cenę za to płacili wspaniali ludzie, którzy byli wokół Wałęsy, a potem mieli ogromne problemy przez niego i jego donosy. Dziś często mają również problemy materialne, zdrowotne. Lech Wałęsa to kłamca, obłudny, bez honoru. Co by mu zaszkodziło, żeby powiedzieć prawdę? Powiedziałby: „przepraszam tych, których skrzywdziłem, ale była taka sytuacja. Wygraliśmy, mamy Polskę taką jaką mamy”.
    Skoro to takie proste, dlaczego Wałęsa się na to nie zdobył?
    To jest człowiek bez zasad. On uczciwym ludziom potrafi tylko ubliżać. Wszyscy są źli, tylko on jest dobry, on wygrał, on ocalił… Nawet żonę okłamywał. A dziś jeszcze obraża swoje ofiary. Niestety w jego obronie stają również ludzie, którzy do tej pory uchodzili za porządnych. Mam na myśli Jana Rulewskiego. On mówi, że szczury wyszły z nor i rozrabiają. To ja jestem szczurem czy człowiekiem? On to mówił z ogromną złością. Jak taki człowiek może tak kłamać? Gdy go słuchałem mówiłem: „aleś ty ubogi jest człowieku, gdzie u ciebie jest prawda”. Niestety jest takich wielu.
    Lech Wałęsa jest w ostatnich latach bardzo aktywny. Sądzi Pan, że po ujawnieniu oryginałów akt dotyczących jego współpracy on zakończy swoją działalność, zejdzie na boczny tor?
    Ta publiczność, która wierzy Wałęsie, będzie dawała się nadal bajerować. On będzie ich nastawiać przeciwko innym, będzie jątrzył. Po co komu ta kość niezgody? Trzeba z tym skończyć. Wałęsa powinien przeprosić i skończyć tę historię.
    Krytyków Wałęsy przeprosiny by usatysfakcjonowały?
    Ja mu wybaczyć nie mogę, ale chociaż zamknąłbym pysk… Wielu innych kolegów chciałoby usłyszeć z ust Wałęsy prawdę. To się należy w imię pamięci o tych, którzy już nie żyją, to się należy tym, na których Bolek donosił. Jest mi przykro, że na to nie możemy na razie liczyć, szczególnie, że bronią Wałęsy ludzie, którzy uchodzili za przyzwoitych.
    Może ktoś z otoczenia Wałęsy jednak przekona go, żeby wreszcie stanął z otwartą przyłbicą wobec tych oskarżeń i wyjaśnił swoją przeszłość?
    Ale czy on kogoś w ogóle słucha? On przecież jest najmądrzejszy, najmądrzej się wypowiada… On okłamuje Polaków od lat, cały świat okłamuje. Włos z głowy mu nie spadłby, gdyby powiedział prawdę. Ludzie zaakceptowaliby to i moglibyśmy się zajmować czymś innym. A nie tylko Bolkiem…
    Rozmawiał Stanisław Żaryn

  5. Marysia...zwyczajnie Marysia. said

    O take ” polskie” walczyl bolek i jeszcze dumny z tego.I take wywalczyl z innymi mocodawcami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: