Miziaforum's Blog

Archive for Marzec 2013

Jezus socjalista !,Jezus antyklerykał ! , Chávez chrześcijanin !!

Posted by miziaforum w dniu Marzec 31, 2013


„Jestem chrześcijaninem i myślę, że socjalizm powinien żywić się najbardziej autentycznymi nurtami chrześcijaństwa.” – Hugo Chávez

Połącznie lewicowości z religią pozostaje mało popularne w Europie, natomiast jest czymś wręcz naturalnym w Ameryce Łacińskiej. Chavez zawsze miał przy sobie mały krzyżyk. Jeśli dokonał w swoim kraju prawdziwej rewolucji likwidując analfabetyzm i – poprzez zmianę sposobu dystrybucji bogactw – znacznie redukując upokarzającą biedę milionów swoich rodaków, to również w imię przekazu Jezusa, tak, jak go rozumiał.

Był znany ze swego niewyparzonego języka. Potrafił nazywać lokalną hierarchię biskupią „jaskiniowcami” czy „neandertalczykami”. O papieżu Benedykcie XVI mówił, że „w żaden sposób nie jest ambasadorem Chrystusa”, ale to jednak nie znaczy, że nie szanował jego autorytetu duchowego i intelektualnego. W zeszłym roku ubiegał się o spotkanie z papieżem, w czasie jego podróży do Meksyku i został chętnie przyjęty. Do końca pozostał człowiekiem religijnym.

Jego pojmowanie chrześcijaństwa było na bakier z nauczaniem oficjalnego Kościoła w tym sensie, że wywodziło się z latynoamerykańskiej tradycji teologii wyzwolenia, rozwiniętej przez lokalnych duchownych katolickich na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Określenie „teologia wyzwolenia” padło pierwszy raz na Radzie Biskupów Ameryki Łacińskiej w Medellin z ust o. Gustavo Gutierreza, w 1968 r. Wykształcony w Europie Gutierrez (tam zetknął się m.in. z francuskim ruchem księży-robotników), duchowny z dzielnicy nędzy stolicy Peru, w 1971 r. wydał książkę-manifest Teologia wyzwolenia, która szybko została przełożona na kilkadziesiąt języków. Uznaje się ją za faktyczny początek tego nurtu teologicznego i jednocześnie szerokiego ruchu społeczno-politycznego, który on wywołał.

Równolegle z Gutierrezem nową teologię rozwijał brazylijski intelektualista, duchowny protestancki, Rubem Alves (Towards a theology of liberation, Uniwersytet Princeton, 1968), wyrzucony potem za to ze swego Kościoła. Zresztą teologia wyzwolenia zaczęła przenikać różne wyznania chrześcijańskie i nawet ich pochodne (jak synkretyczna kubańska santeria i jej kontynentalne odpowiedniki), jednak to Kościół katolicki był jej duchowym ośrodkiem (i kłopotem). Popierało ją coraz więcej księży, a akces kilku arcybiskupów nadał jej dodatkowy autorytet.

Większość teologów wyzwolenia zachowywała dystans do marksizmu, wywodząc swoje tezy bezpośrednio z Nowego Testamentu, ale inspiracje marksistowskie, a nawet język Marksa nie mogły umknąć Watykanowi. W latach osiemdziesiątych Joseph Ratzinger, wówczas prefekt Kongregacji Nauki Wiary, nadzorował „sądy teologiczne” nad kilkoma z nich. Ks. Leonardo Boff (m.in. Chrystus oswobodziciel, Kościół: charyzmat i władza) został skazany na milczenie, ale Gutierreza ostatecznie uwolniono od oskarżeń o marksizm. W 1984 r. Kongregacja Nauki Wiary wydała zredagowaną przez Ratzingera Instrukcję na temat niektórych aspektów teologii wyzwolenia, która oddawała sprawiedliwość jej nazwie i celom, ale ostrzegała chrześcijan przed „bezkrytycznym” przyjmowaniem marksizmu, jako dominującego elementu refleksji teologicznej.

Kościół zwalczał więc teologię wyzwolenia, ale jednocześnie po części ją przejmował. Papieża Jana Pawła II uważa się na ogół za ciężkiego konserwatystę, ale jego encyklika Laborem excercens z 1981 r. jest zadziwiająco gęsto przetkana marksistowską terminologią (własność środków produkcji nie musi być prywatna!), a encyklika Sollicitudo Rei Socialis z 1987 r. podkreśla ekonomiczny wymiar „wyzwolenia”. Oczywiście Kościół doktrynalnie nie mógł przełknąć czegoś takiego jak „walka klas”, w imię zachowania spójności wspólnoty chrześcijańskiej. Odrzucał też wszystkie te elementy latynoamerykańskiej teologii, które jego zdaniem nie miały pokrycia w Ewangeliach. Historia południowoamerykańskiej teologii wyzwolenia była trudna i tragiczna (jak śmierć salwadorskiego arcybiskupa „marksisty” – Oscara Romero, i wielu innych duchownych i świeckich). Nawet nie tyle ze względu na opór oficjalnego Kościoła, co lokalnych prawicowych dyktatur, popieranych przez Stany Zjednoczone. Dziś teologia wyzwolenia coraz mniej odwołuje się do marksizmu, ale pozostaje antyimperialistyczna i szczególnie ostro krytykuje neoliberalizm.

Jezus socjalista

Chávez, jak wielu innych południowoamerykańskich chrześcijan, widział Jezusa jako rewolucjonistę i buntownika, którego celem była nie tylko wielka przemiana duchowa, ale i społeczna. W teologii wyzwolenia są one pojmowane jako nierozłączne. Źródłem tego przekonania jest lektura 27 ksiąg Nowego Testamentu, fundamentalnego tekstu chrześcijaństwa. W tym kontekście „naśladowanie Jezusa” jest pojmowane jako promocja społecznej solidarności.

Jezusowe pragnienie społecznej emancypacji najbiedniejszych zawiera się nie tylko w Ośmiu Błogosławieństwach z Kazania na Górze (Mt 5, 3-10), ale w jego chrześcijańskiej triadzie, podstawowych zadaniach religii, tak, jak je widział – ochrony godności, postulatu dzielenia się dobrami i niesienia pociechy.

Nakaz dzielenia się z innymi głosił już Jan Chrzciciel, ten, który „zapowiedział” Chrystusa („Kto ma dwie koszule, niech się podzieli z tym, który nie ma, kto ma pożywienie, niech uczyni podobnie”*. – Łk 3, 11), słusznie przewidując, że będzie to stanowić jądro nauczania Galilejczyka. U podstawy myśli Jezusa stało przekonanie, że materialne bogacenie się nie może być celem ludzkiego życia („Nie możecie służyć Bogu i mamonie.” – Łk 16, 13; „Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi”. – Mt 6,19), wyraźnie przestrzegał przed konsumpcjonizmem ( „Troski doczesne, ułuda bogactwa i pożądanie innych rzeczy zagłuszają Słowo” – Mk 4, 19).

Jezus uważał, że skoro biedni dzielą się dobrami między sobą, jak też z bogatymi (płacąc, jak uboga wdowa podatki na rzecz władz jerozolimskiej Świątyni, które uważał za „zbójców”), tak samo bogaci powinni dzielić się z innymi („Gdy wydajesz przyjęcie, zapraszaj biednych, kalekich, ułomnych i niewidomych” – Łk 14, 13).

Biblijna walka klas

Jeśli Jezus nie mówił otwarcie o walce klas, to jednak akcentował różnice klasowe, jak żaden inny duchowny przed nim, niezależnie od religii. Było to szczególnie trudne w jego kontekście kulturowym, gdzie bogactwo uchodziło za znak pobożności, przestrzegania licznych, rytualnych przykazań Jahwe. Kiedy mówił do tłumu „Błogosławieni ubodzy, bo do was należy Królestwo Boga” (Łk 6, 20) – co samo w sobie było ekstrawagancją, zaraz dodawał „A wam bogaczom biada, bo już otrzymujecie to, co was cieszy” (Łk 6, 24) – a to było już radykalnym podważaniem dotychczasowego porządku społecznego.

Jego słynne „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Boga” (Mk 10, 25) nie wykluczało wszystkich bogatych, lecz, jak wynika z kontekstu, potępiało tych, którzy grzeszą nie chcąc się dzielić swymi dobrami w obliczu ostrych nierówności społecznych. Można powiedzieć, że Jezus byłby raczej za podatkiem progresywnym, niż liniowym (Łk 21, 4). Kiedy jedyny raz powiedział „To czyńcie na moją pamiątkę”, z czego chciał być szczególnie zapamiętany i co stało się najświętsze dla chrześcijan, to czynność dzielenia się posiłkiem, tworzenie wspólnoty na bazie komunii.

Po jego śmierci tak rozumieli to ci, którzy mu uwierzyli („Jedno serce i jeden duch ożywiały wszystkich wierzących. Nikt nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne.” – Dz 4, 32). Paweł mówił o „równości” – 2 Kor 8, 13, a Jakub, brat Jezusa, który stał się pierwszym biskupem Jerozolimy, walczył o prawa pracownicze („Posłuchajcie teraz wy bogaci! Żałośnie zapłaczecie (…). Woła zagarnięta przez was zapłata pracowników, którzy skosili wasze pola, a krzyk tych, którzy zżęli, doszedł do uszu Pana Zastępów”. – Jk 5, 1-4). Nic dziwnego, że Jakub, podobnie jak Jezus, został skazany na śmierć – według Józefa Flawiusza został ukamienowany na rozkaz Wielkiego Kapłana Świątyni w r. 62.

Jezus antykapitalista, internacjonalista, antyklerykał

Żaden wielki, starożytny Bóg nie interesował się bankowością, oprócz żydowskiego Jahwe. Według Tory (Pięcioksięgu) Jahwe wprowadził coś, co można nazwać „kapitalizmem narodowym” („Będziesz udzielał pożyczki wielu narodom, sam niczego [od nich] nie pożyczając” – Pwt 28, 12). Choć były w jego zasadach pewne obostrzenia natury społecznej („Jeżeli pożyczysz pieniędzy komukolwiek z mego ludu, jakiemuś biedakowi u ciebie, nie wolno ci być wobec niego lichwiarzem. Nie wolno ci nakładać mu procentów!” – Wj 22, 24), nigdy nie dotyczyły one gojów – wobec nich, nawet „biedaków”, lichwa była dozwolona, co zresztą było po części przyczyną rozrastania się diaspory na długo przed Jezusem.

I w tym delikatnym punkcie Jezus naraził się bogatym rodakom, bo w ogóle zakazał nakładania procentów (Łk 6, 35), bez wspominania o narodowości, religii, czy statusie społecznym pożyczkobiorcy. Potępiał chciwość (Łk 12, 15). We wczesnym okresie swego nauczania był przekonany, że pewna „preferencja narodowa” jest konieczna (Mt 10, 5-6), ale dokonał w końcu prawdziwego zamachu na nacjonalistyczne przykazanie Tory, jeśli chodzi o pojęcie „bliźniego” – starotestamentowy Jahwe uważał, że dla Izraelity „bliźnim” może być jedynie Izraelita („Nie bądź mściwy i nie chowaj urazy do współrodaków, ale miłuj bliźniego jak samego siebie.” – Kpł 18, 19). Jezus miał inne zdanie; kiedy znawca Tory zadał mu „podchwytliwe” pytanie „A kto jest moim bliźnim?” (Łk 10, 29), odpowiedział, że może być nim nie-Żyd (Samarytanin). Dla ówczesnych duchownych to nie brzmiało jak jakaś próba reformy czy interpretacji, lecz ciężkie bluźnierstwo i zdrada narodowa.

Nie można powiedzieć, że Jezus nie doceniał roli kleru, nawet z zastrzeżeniami (Mt 23, 3), ale wyraźnie nie szanował zbyt okazujących władzę („Wystrzegajcie się nauczycieli Prawa. Lubią się przechadzać w odświętnych szatach, oczekują pozdrowień na placach, zajmują pierwsze miejsca w synagodze i na ucztach, wyzyskują domy wdów i dla pozoru przedłużają modlitwy. Tacy otrzymają szczególnie surowy wyrok.” – Łk 20, 45-47). Choć w końcu to on dostał od nich wyrok, jego słowa przetrwały.

Pociecha, jaką niósł ludziom, wcale nie odnosiła się wyłącznie do „nagrody w niebie”. Uczył optymizmu, pogody ducha i odwagi na co dzień („Kto z was, martwiąc się, może przedłużyć własne życie choćby o jeden dzień?” – Mt 6, 27; „Nie martwcie się o dzień jutrzejszy, bo jutro zatroszczy się samo o siebie.” – Mt 6,34; i nawet „W czasie postu nie bądźcie posępni.” – Mt 6, 16; a przede wszystkim „Nie bójcie się [prześladowców]” – Mt 10, 26). Jak pisał jego brat, „Religijność czysta i bez skazy przed Bogiem i Ojcem polega na tym, aby się troszczyć o sieroty i wdowy w ich niedoli i zachować samego siebie nieskażonym przez ten świat” (Jk 1, 27). Tak pojmują też chrześcijaństwo spadkobiercy teologii wyzwolenia.

Chávez do nich należał. Mówił, że „Chrystus jest z ludem, oświetla tych, którzy walczą o sprawiedliwość i wyzwolenie wydziedziczonych – to tutaj jest Chrystus, prawdziwy Chrystus, Nasz Ojciec, oswobodziciel ubogich Ziemi, najwyższy przykład poświęcenia dla tych, którzy cierpią.” W Europie pewne zastrzeżenia do tak wypowiedzianego hołdu wysunęłaby zarówno lewica, jak i Kościół…

* Wszystkie cytaty z Nowego Testamentu za: Pismo Święte Nowego Testamentu. Przekład ekumeniczny z języków oryginalnych, Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 2007; ze Starego za Biblią Poznańską: Pismo Święte. Stary i Nowy Testament w przekładzie z języków oryginalnych, opr. zespół pod red. ks. Michała Petera i ks. Mariana Wolniewicza, Wydawnictwo Świętego Wojciecha, Poznań 2012

Posted in Uncategorized | 39 komentarzy »

STAN UMYSŁOWY POLAKÓW – W OBLICZU EKONOMICZNEJ ZAGŁADY rok 2013

Posted by miziaforum w dniu Marzec 31, 2013


WIRTUALNY KANDYDAT MA WIELKIE POPARCIE

WNIOSEK? – NIE TO NIE MEDIA SĄ WINNE – POPROSTU PRZECIĘTNY POLAK TO IDIOTA 

W ciągu trzech godzin studenci politologii UO zebrali sto podpisów na liście poparcia dla zmyślonego kandydata na prezydenta RP. Ludzie podpisywali, choć termin zgłaszania kandydatur minął miesiąc temu. Niektórzy mówili, że słyszeli o Sikorowskim, byli też tacy, co widzieli go w telewizji.

– O takiego mi właśnie chodzi, spoza układów, nie uwikłanego w żadne partyjne koterie – powiedziała starsza pani, która podpisała się pod listą poparcia dla Sikorowskiego.

– Ja jestem za Jarosławem Kaczyńskim, ale Sikorowski byłby jego znakomitym zastępcą – przyznała inna pani.

Kandydat obu opolanek mieszka w Krakowie, ma 43 lata, jest doktorem mecha-troniki i wirtologii, ojcem dwójki dzieci, jego żona to lekarz pediatra. Obecnie pracuje w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. Jest kandydatem niezależnym. Problem w tym, że nie istnieje.

Nastawionego proekologicznie przeciwnika szkoły dla 6-latków i zwolennika jednomandatowych okręgów wyborczych wymyślili studenci IV roku stosunków międzynarodowych i politologii Uniwersytetu Opolskiego w ramach zajęć „media w kampanii wyborczej”. – Chcieliśmy sprawdzić wiedzę opolan o polityce i systemie prawnym – wyjaśnia Kamil Kamiński, jeden z uczestników eksperymentu.

Nazwisko powstało z połączenia Sikorskiego z Komorowskim. Program okazał się miszmaszem. Wypełniły go slogany większości polskich partii. Jest tu promocja przedsiębiorczości, ale i sprzeciw wobec prywatyzacji, obniżenie wieku emerytalnego, brak opłat za studia i aktywizacja niepełnosprawnych.

Adam Drosik, pomysłodawca happeningu:

– Eksperyment pokazał, że po pierwsze Polacy swoje poparcie najchętniej demonstrują poprzez podpisywanie się. W przeciwieństwie do Amerykanów, którzy wolą dawać datki. Potwierdziło się także, że swoją wiedzę na temat wyborów czerpiemy głównie z mediów. Problem w tym, że niezbyt dokładnie przyswajamy zasłyszane informacje. Myśleliśmy też, że kobietom łatwiej będzie zbierać podpisy. Tymczasem wyszło na to, że o skuteczności decyduje nie płeć, ale charakter. Trzeba też zaznaczyć, że żaden z uczestniczących w eksperymencie studentów nie został przeszkolony, jak podpisy zbierać. Wniosek? Równie ważna jak popularność kandydata jest organizacja jego komitetu.

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100611/POWIAT01/645450172

=======================

myślę ze należało by również wspomnieć , że w grupie wiekowej 

„55 + tak zwani intronizatorzy”

bardzo popularny jest kandydat na

” KRÓLA POLSKI „

LANSOWANY PRZEZ WYŻEJ WYMIENIONYCH OBYWATELI W BREW JEGO WOLI i zakazowi   !!!!

NIEJAKI JEZUS Z NAZARETU OBYWATEL RZYMSKI , KAWALER

cieszący się bardzo dobrą opinią w kręgach CHRZEŚCIJAN i nie tylko . 

w /w są święcie przekonani iż jeśli uda im się i obwołają królem polski 

JEZUSA Z NAZARETU OBYWATELA RZYMSKIEGO

JUŻ NAZAJUTRZ W POLSCE NASTĄPI DOBROBYT CZYLI

-złodzieje i aferzyści przestaną kraść a skradzione oddadzą ..

-zniknie bezrobocie nękające ponad 5 000 000 polaków

– głodne dzieci staną się syte 1 000 000

– wszyscy eksmitowani zamieszkają w normalnych domach

– dług publiczny zostanie anulowany 

– sł zdrowia „wyzdrowieje”

i tak dalej …..

🙂 ……………………… 🙂 …………………… 🙂

Posted in Uncategorized | 86 komentarzy »

prąd zatokowy,Golfsztrom, przestał istnieć – najzimniejszy marzec w Wielkiej Brytanii od ponad 50 lat

Posted by miziaforum w dniu Marzec 30, 2013


Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie nastąpiła ta istotna zmiana na Ziemi, według danych satelitarnych z końca 2010 roku prąd zatokowy, słynny Golfsztrom przestał istnieć. Skutki dla klimatu mogą być katastrofalne, może nas czekać nowa epoka lodowcowa w Europie.

Cały system oceanicznych pływów na Północnym Atlantyku jest kluczowy dla właściwego zarządzania ciepłem na naszej planecie. To dzięki prądowi zatokowemu Irlandia i Anglia nie są skute lodem a kraje skandynawskie nie są za zimne do zamieszkania. To ciepły prąd zatokowy jest kluczowym elementem utrzymującym temperaturowe status quo i chroniącym nas przez nową epoką lodowcową.

Zjawisko, o którym tu wspominamy to cyrkulacja termohalinowa. To właśnie ona zanika w wielu miejscach na świecie. Golfsztrom to „rzeka” ciepłej wody, która przemierza cały Atlantyk sięgając Murmańska. Ogrzewa on Europę zapobiegając przedostawaniu się tam polarnych wiatrów.

Mechanika płynów uczy nas, że strumień wody o pewnej gęstości przy natrafieniu na płyn większej gęstości ulega zakłóceniu. Golfsztrom wpadł w taki region w okolicy Zatoki Meksykańskiej, w której zwykle biegł, ale zalegająca na dnie ropa naftowa spowodowała jego całkowite zaburzenie aż do praktycznego rozproszenia.

Pierwszym, który zaalarmował, że Golfsztrom się zatrzymał był Dr Gianluigi Zangara, fizyk teoretyczny z Instytutu Frascati we Włoszech. Naukowiec ten przez wiele lat współpracował w grupie roboczej zaangażowanej w monitorowanie tego, co dzieje się w Zatoce Meksykańskiej. Jego publiczne zwrócenie uwagi na ten problem nosi datę 12 czerwca 2010 roku, czyli artykuł opublikowany przez Zangarę. Swoją konkluzję poparł zdjęciami satelitarnymi wykonanymi z satelity CCAR Colorado.

Doniesienia wzbudziły na chwilę zainteresowanie środowiska naukowego, ale podjęto szybko próbę zdyskredytowania danych, na jakich opierał się Zangara. Uznano, że dane są nie warte zaufania. Mimo to Dr Zangara podtrzymuje to, co stwierdził i dodaje, że zlodowacenie w najbliższej przyszłości jest nieuniknione właśnie z powodu katastrofy ekologicznej w zatoce.

Zangara stwierdził, że wielka ilość ropy długo powiększała się i pokryła tak ogromny obszar, że wywiera to istotny wpływ na system regulacji temperaturowej planety poprzez zrywanie połączenia między warstwami płynącego strumienia ciepłej wody morskiej. Dane satelitarne wskazywały na to, że Golfsztrom załamuje się 250 kilometrów na wschód od Północnej Karoliny i to pomimo tego, że szerokość oceanu w tym miejscu to ponad 5000 km.

=========================

najzimniejszy marzec w Wielkiej Brytanii od ponad 50 lat

Meteorolodzy brytyjscy informują, że marzec 2013 jest najzimniejszy w ciągu ostatnich 50 lat. Świadczy to o tym, że potężne opady śniegu i arktyczne mrozy w czasie, gdy powinna zawitać wiosna świadczą o tym, że z pewnością nie jest to normalna sprawa.

W północno-zachodniej Anglii sytuacja jest najgorsza. Spadło tam nawet 20 centymetrów białego puchu. W regionach podgórskich mogło spaść nawet do pół metra śniegu. Tysiące młodych ludzi nie poszło do szkół, ponieważ z powodu trudnych warunków pogodowych zamknięto kilkaset szkół.

Zazwyczaj średnia temperatura powietrza o tej porze roku to przynajmniej 6 stopni Celsjusza. W tym roku jest znacznie zimniej, bo średnia wynosi około 3,8 stopnia, czyli jest 2,2 stopnia poniżej normy. Dla przypomnienia, w zeszłym roku o tej porze doświadczaliśmy rekordowego ciepła i notowano średnio 8,1 stopnia Celsiusza. Anomalie te, bez względu na to zimne, czy ciepłe pozostają anomaliami i dlatego należy im się bacznie przyglądać.

Co by było, gdyby Prąd Zatokowy przestał istnieć? Opinii na ten temat jest wiele. Istnieją teorie, że Golfsztrom nie ma w żadnego wpływu na europejski klimat. Niektórzy naukowcy uważają bowiem, że temperaturę wody przenosi on wyłącznie przy wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych i zanika u przylądka Hateras. Według tej teorii Europa zawdzięcza swój klimat północnemu prądowi równikowemu, który przesuwa masy ciepłej wody z terenów równikowych, od zachodniego wybrzeża Afryki.

Większa część naukowców twierdzi jednak, że gdyby nie Prąd Zatokowy, klimat w Europie uległby znaczniej zmianie. Europa nie byłaby już tak przyjemnym miejscem do zamieszkania jak dotychczas. Uważają, że w takiej sytuacji na Starym Kontynencie panowałyby długie i mroźne zimy, wiosna w zasadzie by nie istniała, z kolei lato byłoby upalne, ale bardzo krótkie. Zapanowałby tu klimat kontynentalny, podobny do tego w centralnej Rosji.

=======================================================

ROK 2012 !!!

05-11-2012 23:11

Tak wygląda Golfsztrom na zdjęciu satelitarnym
źródło: Corbis

Golfsztrom przesunął się na północ. Może to spowodować zmiany klimatyczne w skali całej planety.

To niezwykłe zjawisko zaobserwowali rybacy i szyprowie łowiący kraby, amerykańscy i kanadyjscy. Zajęli się nim Matthew Hornbach i Benjamin Phrampus z Southern Methodist University.

Golfsztrom, zwany także Prądem Zatokowym, niesie wielkie masy ciepłej wody z regionu Florydy, wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej, oddając po drodze ciepło. Następnie skręca na wschód i zagłębia się w Atlantyku na wysokości Grenlandii – to jest odgałęzienie północnoatlantyckie.

Hornbach i Phrampus sięgnęli po zdjęcia i dane satelitarne obrazujące poziom oceanu i temperaturę jego powierzchni. Okazało się, że w październiku 2011 roku główny nurt ciepłego prądu przesunął się o 200 km na północ w porównaniu z przeciętnym przebiegiem.

Dysponując tą wiedzą, badacze posłużyli się automatycznymi głębinowymi bojami umieszczonymi w nurcie prądu i dryfującymi wraz z nim. Wykazały one nienotowane dotychczas ocieplenie prądu. Boje umieszczone na wysokości płyty kontynentalnej Nowej Anglii wskazały, że między październikiem a grudniem 2011 roku temperatura oceanu na głębokości między 77 i 87 m, w nurcie prądu, sięgała 18 st. C, podczas gdy średnia temperatura mierzona wcześniej oscylowała około 13 st. C. Różnica 6 stopni to ogromny skok.

Zjawisko okazało się krótkotrwałe, w grudniu Golfsztrom powrócił na swoje miejsce, ale temperatura oceanu nie spadła. Liczne meandry Golfsztromu spowodowane 200-kilometrową „wycieczką” na północ ogrzały wielką połać Oceanu Atlantyckiego.

Naukowcy nie wiedzą, z jakiego powodu Prąd Zatokowy odchylił się na kilka tygodni w kierunku północnym.

Hydrat metanu to krystaliczna forma wody i metanu, wygląda jak lód. Jest stabilny w warunkach wysokiego ciśnienia i niskiej temperatury – a takie warunki panują w głębi oceanu, gdzie pokłady hydratu metanu przykryte są jeszcze warstwą dennych osadów. W temperaturze 18 st. pokłady są stabilne dopiero pod ciśnieniem panującym na głębokości 1500 m; w temperaturze 2 st. wystarczy ciśnienie, jakie panuje na głębokości 300 m.

Czy ciepłe wody Golfsztromu, które popłynęły bardziej na północ, mogą zmienić warunki, w jakich pokłady hydratu metanu są stabilne?

Korzystając z różnych danych, także sejsmologicznych gromadzonych od 1977 roku, Hornbach i Phrampus sporządzili model komputerowy zachowania atlantyckich złóż hydratu metanu. Wynika z niego, że gdyby Atlantyk w ciągu minionych 5 tysiącleci miał taką temperaturę jak między październikiem a grudniem 2011 r., do powstania takich złóż w ogóle by nie doszło.

Z modelu wynika także, że jeśli taka temperatura wody w Golfsztromie utrzyma się dłużej, destabilizacja złóż nastąpi, do atmosfery przedostanie się metan, co z kolei wzmocni globalne ocieplenie. Model wskazuje, że z atlantyckich złóż ocieplonych z powodu zmiany przebiegu Golfsztromu do atmosfery przeniknie cały zapas metanu z poruszonego regionu w ciągu 800 do 1000 lat. Z badań Hornbacha i Phrampusa wynika, że byłby to region obejmujący kilkaset kilometrów kwadratowych.

– Jeśli ogrzeje się woda nie tylko w prądzie, ale również przy dnie oceanu, złoża hydratu metanu też zaczną się szybko ogrzewać. Takie złoża nie stanowią zazwyczaj monolitu, występują w nich pęknięcia i szczeliny, przez które woda przenika w głąb złoża, a tym samym ogrzewa jego wnętrze. W takich warunkach metan ulatnia się szybciej. To może doprowadzić do zmniejszenia ciśnienia w złożu, zostanie ono zakłócone, wydzielany z niego metan nie zdoła w całości rozpuszczać się w wodzie i przeniknie do atmosfery, wzmacniając efekt cieplarniany – powiedziała Caroline Ruppel, geofizyk z United States Geological Survey, komentując pracę Hornbacha i Phrampusa.
Rzeczpospolita

=========

I TU ZAGADKA 

INFORMACJE NA TEMAT CO Z

GOLFSZTROMEM W ROKU 2013 

NIEMA ŻADNYCH

NAWIĄZUJĄCYCH DO

WCZEŚNIEJSZYCH

ALARMUJĄCYCH INFORMACJI 

PYTANIE DLACZEGO NIEMA ???

POLEPSZYŁO SIĘ ?

WĄTPIĘ 

Z NIEOFICJALNYCH 

PRYWATNYCH INFORMACJI 

WIEM ZE OKOŁO 5-6 MIESIĘCY TEMU GOLFSZTROM USTAŁ CAŁKOWICIE .

=======================================================

bardzo ważne uzupełnienie 

WYJAŚNIAJĄCE TO CO DZIŚ

WIDZIMY ZA OKNAMI !!

CZYTAJ …

https://miziaforum.wordpress.com/2011/01/06/rozpoczela-sie-epoka-lodowcowa-golfsztrom-zmienil-kierunek-plywu/

Posted in Uncategorized | 33 komentarze »

WOJNA strzelając do ludzi migawką ….

Posted by miziaforum w dniu Marzec 30, 2013


ale trupy bez twarzy w Rumunii, poszatkowane przez działka helikopterów ciała na Bałkanach i żywe ludzkie szkielety w kongijskiej dżungli. Krzysztof Miller zobaczył to, sfotografował i odszedł od zmysłów.

z tego utrzymuje się wielu byłych

żołnierzy

bo wiedzą dokąd i co będą

fotografować

A kiedy do nich wrócił, postanowił skończyć z wojnami. Napisał książkę „13 wojen i jedna”. Kiedy go odwiedzam, w drzwiach witają mnie dwa żywiołowe amstafy. – Osiem ton nacisku na szczęce – informuje mnie właściciel. Prawdziwe kilery. To jednak nic w porównaniu z kilerami i ich ofiarami, z którymi miał do czynienia na wojnach całego świata. Sam kilkukrotnie cudem uniknął śmierci. Kiedy było naprawdę źle, mówił sobie: „Miller, a ch…!”. I naciskał spust migawki.

Marcin Wyrwał: Ciężko jest fotografować nieżywych ludzi?

Krzysztof Miller, fotoreporter: Trzeba się do tego przyzwyczaić.

Ty zacząłeś od wysokiego C, bo od razu od człowieka bez połowy twarzy.

Był 1989 rok i przewrót w Rumunii. W tamtych czasach trzeba raczej było wypychać ludzi nogami na tereny ogarnięte wojną. Bo wojna to nie przelewki, czy pluszowy miś. W dodatku to było pierwsze Boże Narodzenie w wolnej Polsce i żaden fotograf nie chciał jechać. To ja pojechałem.

I trafiłeś pod gmach opanowanej przez powstańców telewizji.

A tam właśnie snajper sił rządowych zastrzelił popularnego rumuńskiego aktora, który szedł odczytywać powstańcze wiadomości telewizyjne. Dostał kulą dum dum, która po napotkaniu oporu rozrywa się, czyniąc ogromne spustoszenie. Jemu urwała pół głowy.

Potem było jeszcze ostrzej, bo oprócz tego, że fotografowałeś śmierć, to śmierć próbowała dopaść także ciebie. Piszesz w swojej książce, jak leżałeś w czeczeńskich okopach, wokół wybuchały bomby, a ty przyrzekałeś sobie, że zajmiesz się innym rodzajem fotografii i nigdy nie wrócisz na wojnę. Wróciłeś. Dlaczego?

Kiedy strzelają, a ty nie możesz się ruszyć, w twojej głowie jest tyle emocji, że masz wszystkiego dość. Ale gdy później wracasz do domu i oglądasz wykonane zdjęcia, orientujesz się, że zrobiłeś bardzo ważny materiał opisujący tamte historie, więc dochodzisz do wniosku, że tam jest twoje miejsce i absolutnie będziesz to kontynuował. No dobrze, przydarzył się ten ostrzał, ale jak jest wojna to musi być niebezpiecznie.

Nie ma refleksji, że wyczerpałeś swój limit szczęścia? Bo przecież bomba w Czeczenii mogła upaść na ciebie, a czerwony khmer, który przystawiał ci pistolet do głowy w Kambodży, mógł wystrzelić.

Albo jestem wielkim optymistą, albo jestem kompletnie bezrefleksyjny, bo tego rodzaju refleksje nachodzą mnie tylko wtedy, gdy zdarza się ta konkretna sytuacja.

Uważasz się za szczęściarza?

Absolutnie tak. Wiele razy skręcałem w tę stronę, a nie inną i przydarzał mi się znakomity temat, a może gdybym skręcił w drugą, to już bym nie żył? Wyszedłem cało z naprawdę wielu opresji. Przed czerwonym khmerem był jeszcze pistolet przystawiony do głowy w Bośni, do której pojechałem z Marysią Wiernikowską. Zobaczyliśmy na poboczu drogi TIR-a zapakowanego wywożonymi do obozów koncentracyjnych Bośniakami. Tak jak u nas podczas II wojny światowej wywożono transporty do obozów koncentracyjnych pociągami, tak w Bośni wywożono ludzi TIR-ami. Ci ludzie siedzieli pod plandekami w upalnym słońcu. Wiedziałem, że jak podejdę do serbskich żołnierzy i poproszę o zrobienie zdjęcia, to natychmiast mnie przepędzą. Więc przebiegłem przez linię żołnierzy, wskoczyłem na pakę i błyskawicznie zrobiłem cztery czy pięć zdjęć. Nawet nie zdążyłem podnieść do oka aparatu, tylko naciskałem z biodra. A kiedy zeskoczyłem, miałem już przystawiony do głowy pistolet. Gdyby nie interwencja Marysi, to nie wiem, jakby się to potoczyło. Na szczęście, nie odebrali mi filmów.

Wszystkie wojny są złe, ale czy któreś z nich są gorsze?

Dla mnie szczególnie trudny był wyjazd do Konga, gdzie fotografowałem nie samą wojnę, lecz jej konsekwencje: umierających z głodu ludzi w obozach dla uchodźców. To byli członkowie plemienia Hutu z Rwandy, którzy najpierw dokonali tam rzezi ośmiuset tysięcy swoich rodaków z plemienia Tutsi, a kiedy zorientowali się, że nie unikną kary, uciekali 500 kilometrów przez dżunglę, by założyć w jej środku obozy, do których nie docierała prawie żadna pomoc. Fotografowałem tam skrajnie wychudzonych ludzi, o których wiadomo było, że nie przeżyją, jeśli natychmiast nie dotrze do nich pomoc humanitarna, a wiadomo było, że nie dotrze, bo nie ma którędy dotrzeć. Stamtąd pochodzi jedna z bardziej wstrząsających fotografii, jakie wykonałem: troje skrajnie wychudzonych ludzi siedzących na kartonie z emblematami ONZ.

Co dla fotografa wojennego jest najtrudniejsze?

Dla mnie zdecydowanie najtrudniejsze jest to, kiedy poznaję kogoś, spędzam z nim jakąś część swojego życia, a potem dowiaduję się, że ta osoba właśnie zginęła. Już jej nie ma, a przecież spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, jedliśmy i piliśmy. Pomiędzy fotografiami są tysiące międzyludzkich relacji. Stąd te opisywane w książce słoiki kawy, alkohol, marihuana. I nagle dowiadujesz się, że oni nie żyją.

Wielu ich było?

Trudno zliczyć. Tak było z moim i Pawła Smoleńskiego tłumaczem z Iraku, któremu tuż po naszym wyjeździe Al-Kaida poderżnęła gardło. Tak było ze słynnym afgańskim dowódcą Masudem, którego dwóch arabskich terrorystów podających się za dziennikarzy wysadziło za pomocą ładunku ukrytego w kamerze. Tak było z czeczeńskim przywódcą Basajewem, który zginął w wyniku eksplozji wypełnionego ładunkami wybuchowymi Kamaza, oraz innym czeczeńskim dowódcą Mashadowem, który wysadził się granatem w otoczonym przez Rosjan bunkrze. A ja pamiętam tembr ich głosu, jak byli ubrani, jak mnie przyjęli, jak rozmawiali. Teraz ich nie ma. I to jest największa trauma.
OFIARY 2
Nie większa od fotografowania ogromnych ilości trupów?

Kiedy fotografujesz ciała ludzi, z którymi nie miałeś wcześniej emocjonalnego kontaktu, to one nie walą tak po głowie. To są po prostu ciała.

Można się do nich przyzwyczaić, oswoić je w głowie?

To zawsze szokuje. Ale fotografowanie zabitych ludzi jest potrzebne. Wiele z takich fotografii nigdy nie powinno trafić do gazet, jak na przykład śmierć Waldka Milewicza, którą sfotografował jakiś miejscowy człowiek, a jeden z polskich tabloidów to puścił. Jednak moje niepublikowane w prasie zdjęcia były wykorzystywane do pisania prac naukowych lub do tworzenia dokumentacji wojen.

Jakich fotografii nigdy nie publikujesz?

Tych najbardziej drastycznych. Na przykład pierwszych ofiar wojny w Słowenii. To byli kierowcy TIR-ów, którzy zostali ostrzelani z pokładowych działek helikopterów. Najpierw fotografowałem ich ciała w kostnicy, a potem pojechałem sfotografować, stojące na drodze spalone wraki ciężarówek. Wiedziałem, że te zniszczone ciężarówki będą wystarczającym tematem, żeby opowiedzieć o śmierci tych ludzi bez epatowania wizerunkiem ich pooranych kulami ciał.
NA HACZYKU
Celem żołnierzy są także dziennikarze.

W coraz większym stopniu. Dziś fajnie jest zabić dziennikarza, tak jak Davida Pearla, którego porwano i ścięto w Pakistanie, dziennikarzy w Syrii, których siły rządowe namierzyły i zbombardowały budynek, w którym przebywali czy szwedzkiego operatora, którego Al-Kaida zastrzeliła w czasie wiecu w Somalii. My w latach 90. nie mieliśmy takich problemów. Mogliśmy spokojnie chodzić po ulicach Kabulu i nic nam nie groziło.

Zauważyłeś moment, kiedy dziennikarz stał się zwierzyną łowną?

Kiedy pojechaliśmy po raz trzeci do Czeczenii w 1997 roku, przydzielono nam do ochrony pięciu ludzi z karabinami. Pewnego dnia pojechaliśmy z naszymi ochroniarzami do knajpy w Groznym. Jeszcze nie zdążyliśmy niczego zamówić, kiedy za oknem przejechał wolno samochód z brodatymi mężczyznami. Gdy tylko zniknął, ochroniarze ogłosili natychmiastową ewakuację. To byli arabscy najemnicy, którzy do Czeczenii przyjeżdżają walczyć za darmo, a dorabiają sobie porwaniami.

Z powodu tego zagrożenia sypiałeś w hotelach w ubraniach?

To się wzięło stąd, że kiedyś spaliśmy w Czeczenii w hotelu, w który uderzyła bomba. Cały budynek się zatrząsł, wyleciały wszystkie szyby. W takiej chwili nie zastanawiasz się, czy jesteś ubrany czy nagi, po prostu zwiewasz. A jak wyskoczysz z pokoju, to drzwi samoczynnie się za tobą zamykają. Ja akurat zdążyłem się ubrać i jeszcze wziąć aparat, ale wtedy było na korytarzu mnóstwo roznegliżowanych lub po prostu nagich ludzi, którzy nie mogli wrócić do swoich pokoi. Pamiętam, jak Paweł Smoleński, z którym wtedy byłem, musiał w samych slipkach iść po rozbitym szkle do recepcji po zapasowy klucz. Jeżeli dopadnie cię ostrzał, lepiej nie tracić czasu na ubieranie.

Podczas pracy wyczuwasz chwilę, kiedy trzeba chować aparat i uciekać?

Ja mam ten problem, że w ogóle tego nie czuję, bo podczas pracy zupełnie się wyłączam. W pewnym momencie fotografowanie staje się czymś w rodzaju medytacji. Zostaję tylko ja i te historie. Bywało, że podczas robienia zdjęć miałem takie zawieszki, że Wojtek Jagielski, z którym wtedy podróżowałem, nie mógł ze mną złapać kontaktu. Musiał klepać mnie w ramię, żeby cokolwiek do mnie dotarło.

To chyba niebezpieczny nawyk u fotografa, który używa szerokokątnych obiektywów, co oznacza, że musi podchodzić blisko do fotografowanego obiektu?

Pewnie tak, ale ja nie czuję tego ryzyka. Pewnie jest w tym jakiś dziecięcy optymizm, głupota może nawet, ale nie mam w głowie tej świadomości. Skoro jednak żyję, to pewnie nie przekroczyłem tej granicy największego ryzyka.

Można odnieść wrażenie, że czasami do tego ryzyka wręcz siebie popychasz. Mam tu na myśli twoją mantrę…

„Miller, a ch…!” – tak sobie mówię, kiedy chcę zmusić siebie do działania. Zostało mi to jeszcze z czasów, kiedy byłem skoczkiem do wody. Gdy bałem się jakiegoś skoku, wypuszczałem powietrze, mówiłem sobie: „Miller, a ch…!” i rzucałem się w dół. Ten sam mechanizm zadziałał na wojnie. Na samym początku książki opisuję strzelaniną w Alei Rustawelego w Tbilisi podczas wojny w Gruzji. Mieliśmy przebiec przez ostrzeliwany odcinek alei. Problem polegał na tym, że człowiek, który miał mnie osłaniać, dawno już przebiegł, a ja zostałem sam. Tu strzelają, a ja tkwię po niewłaściwej stronie w idiotycznej, rzucającej się w oczy fioletowej puchówce. Idealny cel. Ale wiem, że przecież muszę przebiec. I wtedy mówię sobie: „Miller, a ch…!” i nagle przełamuję strach i biegnę. Wiem, że to głupie, ale wielu ludzi stosuje takie zaklęcia.

Na hasło „wojna” pojawia się w twojej głowie jakaś konkretna historia, obrazek, zdarzenie?

Zawsze to najpóźniejsze zdarzenie wypiera wcześniejsze. Wcześniej to była historia z Gruzji, kiedy podczas krwawego rozpędzania demonstracji przez przeciwników prezydenta Gamsachurdii zginęła na moich oczach bogu ducha winna babcia. Wydawało jej się, że skoro nie opowiada się po żadnej ze stron, to może bezpiecznie przejść obok, a tymczasem została zastrzelona w bezmyślnym akcie przemocy z bliskiej odległości. Potem to było leżenie w czeczeńskich okopach, kiedy wszędzie dokoła wybuchały bomby wysysające tlen z okolicy przez wypalający się proch.

Wojna pozostawia piętno?

Świetnie to widać w filmie „Hurt Locker”, w którym saper wracający z Afganistanu do amerykańskiej rzeczywistości nie potrafi odnaleźć się w supermarkecie, nie jest w stanie wybrać sobie produktu.

Też tak miałeś?

Po powrocie z wojen zaczynałem miewać mnóstwo zawieszek, które zaczynały mi przeszkadzać w codziennym życiu. Kopiowałem sytuacje z wojny. Chodziłem tylko bezpiecznymi ścieżkami, nie odbierałem telefonów, których nie znałem, miewałem napady depresyjnego strachu. W końcu musiałem położyć się na pół roku w klinice stresu bojowego, gdzie zdiagnozowano u mnie PTSD, czyli zespół stresu wojennego.

Wrócisz na wojnę?

Z jednej strony chcę już z tym skończyć, z drugiej rozmawiałem z Janką Ochojską, która powiedziała mi, że widzi mnie w konwoju humanitarnym do Syrii jako osobę dokumentującą pomoc humanitarną w tym kraju oraz skutki wojny w nim. Nie jest więc wykluczone, że niedługo obejrzysz moje zdjęcia z Syrii.

Nie boisz się, że powrócą demony wojny?

Uważam, że klina trzeba zapić klinem. A poza tym, co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Posted in Uncategorized | 12 komentarzy »

60 000 KOMANDOSÓW KIMA najliczniejsze na świecie spec oddziały szkolone przez SPECNAZ !!

Posted by miziaforum w dniu Marzec 30, 2013


Strategia wojskowa Korei Północnej jest o wiele lepsza niż obronna postawa jej zamożnego sąsiada z Południa – wynika z opublikowanego raportu niezależnego think-tanku – koreańskiego instytutu badań nad gospodarką z siedzibą w Seulu. Koreańczycy z Północy mają przede wszystkim o wiele więcej żołnierzy i sprzętu, choć ten ostatni jest coraz bardziej przestarzały. To mogłoby zdecydować o porażce Korei Płn.
Z dokumentu wynika, że w 2011 roku Korea Północna dysponowała armią liczącą 1,02 miliona ludzi i rekordową liczbą czołgów, okrętów wojennych i artylerią przeciwlotniczą. W sumie siła militarna liczy 1,2 mln ludzi.

„Prawda jest niestety taka, że nie można całkowicie nie zgodzić się z tym, iż siła militarna Korei Północnej jest większa” od Korei Południowej – napisano w raporcie. „Musimy pamiętać o dużej przewadze Północy, jeśli chodzi o liczbę żołnierzy, a szczególnie o tym, że jej siły zbrojne są szkolone i rozmieszczane z myślą o wojnie ofensywnej” – czytamy.

CYTUJĘ :”choć wojska reżimu mają liczne słabe punkty – brak paliwa, przestarzały sprzęt i wielu kiepsko wytrenowanych żołnierzy, to ma też dwa atuty.

Pierwszym są siły specjalne. Najliczniejsze na świecie – 60 tysięcy wytrenowanych w niekonwencjonalnych misjach ludzi. Drugą – artyleria wycelowana w Seul – ostrzegał w ubiegłym roku w swoim raporcie dowódca sił USA i Narodów Zjednoczonych w Korei Południowej, gen. James Thurman.

Siły, które ma pod swoją komendą Kim, pozwoliłyby mu przebić się przez strefę zdemilitaryzowaną i drugą linię obrony Południa i zagrozić Seulowi – przestrzega w CNN Andrew Salmon. Komandosi Północy uderzyliby w kluczowe obiekty południowokoreańskie i amerykańskie z powietrza i morza, unieszkodliwiając systemy dowodzenia i komunikacji. Chaos pogłębiłoby zakłócanie systemów GPS i cyberataki hakerów. W tym samym czasie artyleria zasypałaby pociskami Seul.

Scenariusz, w którym wojska Kima okazałyby się tak słabe, jak żołnierze Saddama Husajna w Iraku, należy raczej wykluczyć. W ostatnich latach, kiedy dochodziło do konfrontacji z wojskami Północy – w 1996 i na morzu w 1999, 2002 i 2010 r., wykazywały one znakomite wyszkolenie i motywację. Ale same siły specjalne i artyleria nie zdobyłyby i nie utrzymały terenu. Tym musiałyby się zająć jednostki regularnej armii lądowej.
USA i Korea Południowa mogłyby wówczas uderzyć zarówno z powietrza, jak i z morza oblewającego półwysep. Siły Kima mogłyby wpaść w kleszcze. Ale wykurzenie wojsk Północy z już zdobytych terenów nie byłoby łatwe. Wojna w koreańskich górach i na ulicach miast pochłonęłaby wiele ofiar. Według Dana Pinkstona z amerykańskiego think tanku International Crisis Group, żołnierze Kima „to nie armia Saddama, oni walczyliby jak Japończycy na Pacyfiku podczas II wojny światowej”.

Zanim udałoby się też zniszczyć ukryte w znacznej części pod ziemią zagrażające Seulowi stanowiska północnokoreańskiej artylerii, stolica Południa mocno by oberwała. Także z broni niekonwencjonalnej. Gen. Thurman ostrzegał, że reżim może wykorzystać np. zarodki wąglika, co w gęsto zaludnionym regionie stolicy mogłoby mieć katastrofalne skutki. Także desant z powietrza na tyłach wroga mógłby nie zdążyć zablokować na czas niektórych jego posunięć.

Czynnik chiński

Eksperci podkreślają jednak, że potencjalna ofensywa Północy, jakkolwiek niszczycielska, nie potrwałaby długo wobec zmasowanego kontruderzenia USA i Seulu. Pjongjangu nie stać na długotrwałą wojnę. Elementem nieprzewidywalnym w tej rozgrywce jest za to Pekin. Chińczycy mają ostatnio dosyć wybryków swojego niewygodnego sojusznika, ale przez 60 lat – od chwili, gdy ocalili państwo Kim Ir Sena przed upadkiem – lojalnie wspierali Pjongjang.

– Będą ich wspierać, ale tylko na ich terytorium. Nie pomogą armii Północy zaatakować terytorium Południa – uważa Choi Ji-wook z Instytutu Zjednoczenia Korei w Seulu.

 Niezależnie jednak od decyzji i roli Chin, Kim Dzong Un ma jednak do dyspozycji „opcję apokalipsy” – broń nuklearną – przypomina Salmon. . Według ekspertów, Kim ma też rakiety zdolne trafić w cele w Japonii.

Cena zwycięstwa

Korzyści z upadku obecnych władz Korei Północnej byłyby ogromne. Znikłoby źródło ciągłego napięcia, zjednoczona Korea uzyskałaby dostęp lądowy do kontynentu azjatyckiego, północna Korea zostałaby odbudowana, a jej mieszkańcy włączeni wreszcie do międzynarodowej wspólnoty. Ale cena za to mogłaby być tak ogromna, że eksperci modlą się, by „II Wojna Koreańska” nigdy nie wybuchła – podkreśla CNN.

– Setki tysięcy ofiar w kilka dni. Miliony w kilka tygodni. Wojny w Iraku, Afganistanie i Syrii byłyby niczym – podkreśla Dan Pinkston z International Crisis Group.

Posted in Uncategorized | 30 komentarzy »

Globalne skutki lokalnej wojny nuklearnej

Posted by miziaforum w dniu Marzec 30, 2013


Globalna apokalipsa jądrowa jest przerażającą wizją. Jej niezwykle sugestywny obraz przedstawiono m.in. w wyprodukowanym przez BBC filmie Threads z 1984 r. Ogólnoświatowy konflikt nie byłby jednak potrzebny. Ogromnym zagrożeniem stałby się także lokalny konflikt nuklearny. Tak wynika przynajmniej z nowych symulacji opracowanych w NASA.

Eksplozja ładunku jądrowego zdetonowanego pod wodami atolu Mururoa, rok 1971
Globalna wojna jądrowa jest obecnie mało prawdopodobna, w porównaniu z 1985 r. ilość broni nuklearnej na świecie spadła do jednej trzeciej, choć i tak jest ogromna. Ognisk napięcia jest w dzisiejszych realiach sporo. By się o tym przekonać, wystarczy rzut oka na granicę pomiędzy Indiami i Pakistanem, Iran czy Półwysep Koreański.

Sto Hiroszim
Nawet ograniczony arsenał jądrowy, jakim dysponują Pakistan czy Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, wystarczyłby do wywołania ogromnego spustoszenia w świecie.

Naukowcy z NASA opracowali symulację komputerową, która miała pokazać, jakie konkretne skutki przyniosłaby lokalna wojna nuklearna. Z amerykańskich analiz wynika, że atomowy grzyb wznoszący się w Kaszmirze wyżej niż najwyższe szczyty Himalajów bezpośrednio wpłynąłby na życie m.in. mieszkańców środkowej Europy.

Ogólnoświatowe rezerwy broni jądrowej wystarczyłyby do kilkukrotnego zniszczenia całej planety. – Opieraliśmy się na tym, że podczas konfrontacji jądrowej ograniczonej do konkretnego miejsca, zostałaby wykorzystana siła odpowiadająca 100 bombom zrzuconym na Hiroszimę – uściślił amerykański naukowiec Luke Oman z NASA. Wspomniana „setka” odpowiada mniej więcej potencjałowi jądrowemu Indii i Pakistanu.

Globalna zima nuklearna
Największa katastrofa z pewnością dotknęłaby terytoria, na które zostałoby skierowane uderzenie jądrowe. Poza promieniowaniem do atmosfery przedostałaby się też ogromna ilość pyłu i ok. 5 mln ton węgla.

Ilość ta uwolniłaby się z potężnych pożarów w miastach a poza węglem do atmosfery trafiłyby także inne substancje trujące. Drobne cząsteczki uniosłyby się do wyższych warstw atmosfery, gdzie utworzyłyby chmury. Te stopniowo rozciągnęłyby się wokół całej planety. Owo nienaturalne zachmurzenie uniemożliwiałoby promieniom słonecznym docieranie do powierzchni Ziemi.

Jakie byłyby tego efekty? Globalna temperatura spadłaby średnio o 1,25 stopnia C. Wiele osób mogłoby to uznać za nieznaczną różnicę, jednak wahania termiczne w poszczególnych częściach planety byłyby zdecydowanie wyższe. Ze względu na przepływ powietrza największe zmiany dotknęłyby Azję, Europę oraz strefę tropikalną. Tu średnia temperatura spadłaby o cztery stopnie.

Fakt, że Europejczycy nie mogliby się cieszyć urokami lata, byłby tylko najmniej znaczącym skutkiem katastrofy. Znacznie gorszy byłby wpływ zmiany klimatu na rolnictwo. Rośliny uprawne, na przykład zboża, nie zdążyłyby dojrzeć, produkty spożywcze stałyby się towarem deficytowym, gwałtownie wzrosłaby ich cena i pojawiłby się głód, z jakim Europa po raz ostatni zetknęła się podczas II wojny światowej…

Choć konflikt jądrowy nie miał jeszcze w naszej historii na szczęście miejsca, znajdujemy w niej wydarzenia, które pozwalają nam przypuszczać, jakie byłyby jego dalekosiężne konsekwencje. Podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej w 1991 r. uciekające wojska irackie podpaliły 526 kuwejckich odwiertów ropy naftowej. W konsekwencji tego do atmosfery zaczęły się ulatniać ogromne ilości dymu i aerozoli. Późniejsze pomiary pokazały, że okoliczna temperatura spadła o ok. 10 stopni C. Kolejne efekty w postaci kwaśnych deszczów stwierdzono nawet w odległości 1000-2000 m od pożarów.

Głód, susza, choroby
Konflikt na obszarze Indii i Pakistanu oznaczałby jeszcze większą katastrofę. Powstałaby ogromna dziura ozonowa, a śmiercionośne promieniowanie ultrafioletowe z kosmosu mogłoby bez przeszkód dotrzeć aż do powierzchni Ziemi. Jakie byłyby tego efekty? Uszkodzenia wzroku, gwałtowny wzrost ilości chorób nowotworowych, masowe wymieranie zwierząt gospodarczych.

Olbrzymia dziura ozonowa oznaczałaby też ogromne zmiany w morzach i oceanach. Zbiorowiska fitoplanktonu, od których uzależnionych jest życie wielu zwierząt morskich, są bardzo wrażliwe. W ten sposób nieodwracalnie zaburzony zostałby ekosystem morski.

Stan, w którym panowałaby zima nuklearna, utrzymałby się przynajmniej 3 lata, ale nawet po 10 latach średnia temperatura byłaby nadal o pół stopnia niższa niż dziś. Produkty odpadowe pożarów w wyższych warstwach atmosfery unosiłyby się jeszcze dalej. Z globalnego punktu widzenia suma opadów obniżyłaby się przynajmniej o połowę.

Głód, susza, choroby… Taki byłby efekt tylko jednego, lokalnego konfliktu jądrowego.

Posted in Uncategorized | 2 komentarze »

WOJNA W KOREI !!! o godzinie 4,30 czasu miejscowego

Posted by miziaforum w dniu Marzec 30, 2013


Korea Północna ogłosiła „stan wojny” z Koreą Południową
PAP | aktualizacja (04:28)

Korea Północna ogłosiła, że wchodzi w „stan wojny” z Koreą Południową. O decyzji komunistycznych władz w Phenianie poinformowała północnokoreańska agencja KCNA.

Zgodnie ze „wspólna decyzją rządu, rządzącej Partii Pracy Korei oraz innych organizacji”, „wszystkie kwestie między oboma krajami mają być traktowane zgodnie z „protokołem wojennym”. Armia, jak głosi komunikat agencji KCNA, czeka na kolejne rozkazy przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Una.

Władze w Phenianie ostrzegły, że każda prowokacja w pobliżu lądowej i morskiej granicy z Koreą Południową doprowadzi do „konfliktu na szeroką skalę i wojny jądrowej”. Ponownie zagroziły atakami na cele na kontynentalnym terytorium USA oraz na Hawajach i wyspie Guam, a także na amerykańskie bazy wojskowe w Korei Południowej.

Zachodnie agencje przypominają, że formalnie oba państwa koreańskie znajdują się w stanie wojny od 60 lat, gdyż po zakończenia konfliktu zbrojnego na Półwyspie Koreańskim w 1953 roku nie zawarły układu pokojowego. Ogłoszenie w sobotę „stanu wojny” z Koreą Południową oznacza jednak przejście Phenianu do kolejnej fazy eskalacji napięcia.

W nocy z czwartku na piątek Kim Dzong Un postawił siły zbrojne w stan alertu i ogłosił gotowość wojsk rakietowych do ataku na Koreę Południową i Stany Zjednoczone. Była to reakcja Phenianu na przelot nad Półwyspem Koreańskim dwóch amerykańskich bombowców strategicznych B-2.

 Wcześniej, bo na początku marca, Phenian na znak protestu przeciwko ćwiczeniom wojskowym USA i Korei Południowej oraz rozszerzeniu sankcji ONZ ogłosił, że nie będzie więcej uznawał kończącego wojnę koreańską rozejmu z 1953 roku ani wszystkich pozostałych porozumień odprężeniowych z Seulem.

W JAPONII I W BAZACH WOJSK

USA OGŁOSZONO NAJWYŻSZY

ALERT BOJOWY ORAZ ALARMY

DOTYCZĄCE OCHRONY

LUDNOŚCI CYWILNEJ 

BOMBOWCE STRATEGICZNE USA

UZBROJONE W BROŃ ATOMOWĄ

OKOŁO GODZINY 6,35 ZOSTAŁY

PODERWANE W 3 BAZACH

AKTUALNIE ROZPOCZĘŁY MISJE

BOJOWĄ

https://miziaforum.wordpress.com/2013/03/30/60-000-komandosow-kima-najliczniejsze-na-swiecie-spec-oddzialy-szkolone-przez-specnaz/

I EFEKT KOŃCOWY

https://miziaforum.wordpress.com/2013/03/30/globalne-skutki-lokalnej-wojny-nuklearnej/

Posted in Uncategorized | 9 komentarzy »

Idą święta wielkiej nocy….

Posted by miziaforum w dniu Marzec 29, 2013


😉

Umyj rano dobrze jajka,
potem oba włóż do garnka.
Włóż cebulę, szczyptę soli
i nie zważaj, że to boli.
Tak robili po wsze czasy,

nie ufarbuj se kiełbasy.

😉

Idą święta wielkiej nocy,
maluj jajca bez pomocy,
jedno czarne drugie białe
i miej życie doskonałe,
Idź je święcić jak co roku,
te w koszyku nie te w kroku,
A gdy wszystko już będzie przygotowane,
to święta na pewno będą udane.

*  *  *

Jaj przepięknie malowanych,
Świąt słonecznie roześmianych,
W poniedziałek dużo wody,
Zdrowia, szczęścia oraz zgody
Z okazji Wielkiej Nocy życzy

MIZIA

Posted in Uncategorized | 3 komentarze »

KOREA – KONFLIKT NUKLEARNY MOŻLIWY W CIAGU 72 h

Posted by miziaforum w dniu Marzec 29, 2013


Na Półwyspie Koreańskim panuje kryzys, północnokoreańskie rakiety są wycelowane w amerykańskie bazy wojskowe. Przywódca tego komunistycznego kraju Kim Dzong Un dziś w nocy postawił siły zbrojne swojego kraju w stan najwyższej gotowości. Wojsko ma czekać jedynie na rozkaz do ataku.

Szef Pentagonu Chuck Hagel powiedział już w czwartek dziennikarzom: „Musimy postawić sprawę jasno – traktujemy prowokacje Północy bardzo poważnie i odpowiemy na nie”.

Kim Dzong Un uznał przelot B-2 za coś więcej niż demonstrację siły i określił jako „ultimatum (Amerykanów) dowodzące, że chcą oni za wszelką cenę rozpętać wojnę nuklearną”.

Ekspert ds. Korei Płn. z amerykańskiego think tanku Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) Victor Cha, pytany o to, czy misja B-2 może zwiększyć napięcie na Półwyspie, powiedział agencji Reutera: „Nie sądzę, by napięcie mogło być większe niż teraz”.

PAP

 

Korea Północna, w związku z zaostrzającą się sytuacją militarną, ujawniła plany wojenne dotyczące ataku na Stany Zjednoczone. Kilka godzin wcześniej Kim Dzong Un postawił w stan gotowości północnokoreańskie wojska rakietowe. Eksperci oceniają, że wybuch II wojny koreańskiej, w której zginęłoby co najmniej kilkaset tysięcy osób, jest coraz bardziej prawdopodobny.

Korea Płn. ujawnia plan ataku na Stany Zjednoczone

Północnokoreańska państwowa gazeta „Rodong” zamieściła zdjęcia, które zostały wykonane podczas nadzwyczajnego spotkania w sztabie generalnym. Na fotografiach widać, jak Kim Dzong Un podpisuje rozkaz stawiający w stan gotowości wojska rakietowe, a w tle można dostrzec mapy z zaznaczonymi celami ataku. Widnieją na niej amerykańskie bazy w Korei Południowej, wyspie Guam i na Hawajach. Na „kontynentalnej” mapie USA, jako cele, zaznaczono z kolei Waszyngton, Los Angeles i Austin w Teksasie.

Nadzwyczajne spotkanie zostało zwołane w odpowiedzi na przelot nad terytorium Korei Południowej dwóch amerykańskich bombowców B-2 zdolnych do przenoszenia ładunków nuklearnych. Oba samoloty wystartowały z bazy z Missouri i pokonały łącznie 21 tys. km podczas misji treningowej, będącej częścią wspólnych manewrów wojsk Korei Płd. i USA.

Państwowa agencja informacyjna KCNA podała, że „północnokoreański lud płonie ogniem nienawiści” po przelocie samolotów, który „splugawił narodową godność”. Jak podkreślono, był to „politycznie motywowany akt terroryzmu, jaki USA oraz marionetkowy reżim w Seulu wymierzyły w system społeczny Korei Północnej”.

Realne zagrożenie dla sił USA. „Śmierć imperialistom!”

KCNA napisała, że postawienie wojsk rakietowych w stan gotowości ma na celu „wyrównanie rachunków z Amerykanami”. Kilka godzin później w Pyongynagu, na znak poparcia dla władz, zorganizowano „spontaniczną” demonstrację, podczas której uczestnicy skandowali antyamerykańskie hasła takie jak „Śmierć imperialistom!”.

Sekretarz obrony USA Chuck Hagel przyznał, że ostatni wzrost napięcia na Półwyspie Koreańskim nakazuje Stanom Zjednoczonym traktować „bardzo poważnie” wszelkie prowokacje ze strony północnokoreańskich komunistów.

Eksperci zajmujący się bezpieczeństwem międzynarodowym oceniają, że atak ze strony Pyongyangu jest coraz bardziej prawdopodobny. Ich zdaniem, w zasięgu północnokoreańskich rakiet nie znajduje sie wprawdzie Ameryka Północna, ale zagrożone są amerykańskie bazy w Korei Południowej i Japonii.

Niektórzy z nich wskazują jednak, że Kim Dzong Un mógłby zdetonować ładunek nuklearny na terytorium Korei Północnej, gdyby doszło do inwazji na ten kraj. – Jeśli tamtejszemu reżimowi groziłby upadek, to możliwe są także działania tego typu – twierdzi James Hardy, wydawca wojskowego magazynu „Jane’s”.

Apokaliptyczny scenariusz wojny. Kilkaset tysięcy ofiar

Eksperci podkreślają, że gdyby doszło do wybuchu wojny, wojska Korei Południowej i USA nie zatrzymałyby się na granicy, lecz zrobiłyby wszystko, by obalić reżim Kim Dzong Una. Jak ostrzegają, w tym przypadku liczba ofiar wyniosłaby, co najmniej, kilkaset tysięcy osób. Po przegranej przez komunistów wojnie doszłoby jednak do zjednoczenia obu Korei, odbudowy zniszczeń wojennych i zniknięcia „straszaka” w postaci nieobliczalnego komunistycznego reżimu, od lat szantażującego wojną społeczność międzynarodową; w rezultacie, zjednoczona Korea zaczęłaby integrować się gospodarczo z innymi krajami azjatyckimi np. z państwami bloku ASEAN.

Coraz częściej padają również głosy, że w przypadku przedłużania się „strategicznego pata” i trwania stalinowskiego reżimu na północy, Seul rozpocznie własny program nuklearny, mający zbudować „równowagę strachu” na Półwyspie. Jeśli jednak już teraz doszłoby do wojny z użyciem broni nuklearnej, to mielibyśmy do czynienia z „nuklearną Apokalipsą” – ostrzega prof. Xie Tao z Uniwersytetu Pekińskiego.

Oba państwa od wojny dzieli tylko 1 minuta

Korea Północna dysponuje 1,1 mln żołnierzy, którym czoła w pierwszych dniach walki stawiłoby 640 tys. żołnierzy z Południa, wspartych przez 28 tysięcy Amerykanów. Większa część sprzętu pozostającego w dyspozycji Pyongyangu jest wprawdzie uważana za przestarzałą, ale Pentagon ostrzega przed północnokoreańską artylerią i siłami specjalnymi. W tamtejszej armii jest aż 60 tysięcy komandosów, wyszkolonych do przeprowadzania ryzykownych, niemal samobójczych, misji.

Co gorsza, jeśli Amerykanom nie udałoby się w nalotach szybko zniszczyć północnokoreańskich czołgów, to mogłyby one w krótkim czasie zaatakować Seul, który znajduje się w odległości 48 km od linii demarkacyjnej. Pyongynag z pewnością użyje przeciwko cywilom broni biologicznej, a jednostki armii, walczące w obronie „oblężonej komunistycznej ojczyzny” wykażą się niespotykanym fanatyzmem.

– Jeśli nasz wywiad jednoznacznie oceni, że północnokoreańskie rakiety zostaną wystrzelone, to nie będziemy mieć innego wyboru, niż przeprowadzenie ataku – ocenił prof. Kim Byung-ki z Uniwersytetu w Seulu. Jak zauważył, wystarczy zaledwie minuta, by rakiety uderzyły w cele znajdujące się po obu stronach linii demarkacyjnej oddzielającej obie Koree. Największy od lat wzrost napięcia stwarza więc ryzyko wybuchu wojny na wielką skalę.

Posted in Uncategorized | 6 komentarzy »

POLACY ZŁODZIEJAMI Z GŁODU -POLICYJNA NOTATKA -SZOK !!

Posted by miziaforum w dniu Marzec 29, 2013


Żywność coraz częściej pada łupem złodziei

dodano: 24 marca 2013, 8:30

Złodzieje kradną wędliny, kurczaki, warzywa, czy trzymane w piwnicy przetwory. Tłumaczą potem policjantom, że ukradli, bo byli głodni.

W połowie miesiąca do domku jednorodzinnego pod Głubczycami włamał się 31-letni mężczyzna. Jego łupem padły przechowywane w lodówce: kiełbasy, golonki, kurczaki, kaczki oraz indyki. 31-latek usłyszał już zarzut kradzieży z włamaniem, do której się przyznał. Teraz grozi mu nawet do 10 lat więzienia.

I kolejny przykład, z ostatnich dni, tym razem z Namysłowa. Dwie osoby zostały zatrzymane za kradzież mięsa z Biedronki.

Podobnych przypadków jest więcej. Tylko w tym roku funkcjonariuszom z II Komisariatu Policji w Opolu mieszkańcy Opola zgłosili trzy takie kradzieże. Z kolei w powiecie nyskim w tym roku sklepy i markety zgłosiły około 40 takich kradzieży.

– Ludzie są coraz biedniejsi więc takie kradzieże będą się zdarzały – mówi jeden z opolskich policjantów. – Nie usprawiedliwiam ich, bo każdy taki czyn jest naganny, ale z drugiej strony staram się zrozumieć. Co innego kiedy złodziej kradnie alkohol, papierosy, czy słodycze, a co innego gdy jedzenie, bo jest głodny.

Czytaj też Ludzie w sklepach kradną na potęgę. Co wynoszą?

Polska gospodarka hamuje, rośnie bezrobocie, ludzie maja coraz mniej pieniędzy. To z kolei powoduje, że ludzie częściej sięgają po cudzą własność.

– Reagujemy na każde takie zgłoszenie, bo mamy taki obowiązek – wyjaśnia podinspektor Maciej Milewski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu. – To sądy oceniają potem szkodliwość społeczną czynu i biorą pod uwagę okoliczności jego popełnienia.

Jeśli skradzione rzeczy warte są mniej niż 250 zł, sprawa traktowana jest jak wykroczenie. Grozi za to mandat, grzywna czy ograniczenie wolności. Za kradzież rzeczy wartych ponad tę kwotę grozi do 5 lat więzienia. Sprawa staje się poważniejsza jeśli ktoś na przykład włamuje się choćby do piwnicy, czy spiżarki. Wówczas grozi mu do 10 lat więzienia.

– Oczywiście, że sądy inaczej traktują osoby, które ukradły jedzenie, bo były głodne, niż złodzieja, który kradnie w celu wzbogacenia się – mówi sędzia Waldemar Krawczyk z Sądu Okręgowego w Opolu.

Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości przestrzegają jednak przed “rozgrzeszaniem” wszystkich takich czynów.

– Każda kradzież jest złamaniem prawa i nie można przechodzić nad nią do porządku dziennego – mówi Lidia Sieradzka z Prokuratury Okręgowej w Opolu.

Ksiądz dr Arnold Drechsler, dyrektor Caritas Diecezji Opolskiej mówi krótko: – Jeśli ktoś weźmie cudze jedzenie, bo zagrożone jest jego życie, grzechu nie popełnia – mówi ksiądz. – Cała reszta to grzech.

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130324/REGION/130329871&Template=printpicart

 

A WIECIE JAKA ODPOWIEDŹ JEST NA TAKA SYTUACJE RZĄDÓW III R.P 

ZAMYKANIE DO PIERDLA TAK POLSKA W EUROPIEMA NAJWIĘCEJ WIĘŹNIÓW !!!

AŻ 60 % WIĘŹNIÓW W POLSKICH KRYMINAŁACH TO 

ZŁODZIEJE ZŁOMU , ZŁODZIEJE ART. SPOŻYWCZYCH ALIMENCIARZE I ” KOLARZE” – CZYLI JAZDA ROWEREM PO 3 PIWACH !!!

TAK TO JEST PRODUKCJA KRYMINALISTÓW !!!

Posted in Uncategorized | 128 komentarzy »